wtorek, 25 maja 2010

Wolven Angel

http://www.myspace.com/wolvenangel878
słuchajcie i odwirowujcie swoje szare komórki

środa, 14 kwietnia 2010

Alicja w Krainie Czarów

W końcu dotarłam na ten film. Wcześniej zadawałam sobie pytanie - czy to będzie ekranizacja książki, czy może po prostu obraz tylko książką inspirowany? I co mi da to niewiarygodne 3D?
Pierwsze wątpliwości zostały rozwiane dość szybko, kiedy po wieku głównej bohaterki można było zorientować się, że jest to luźna kontynuacja powieści Carolla. Po filmie widać, że jest baaardzo Disneyowski, chociaż nie da się nie przytoczyć pewnego paradoksu - Alicja skacze po obcietych głowach w bagnie, także w pewnym momencie widać ścięte głowy płynące rzeką/fosą przy pałacu Czerwonej Królowej - i to jest okej! Ale Bernarda ('dobrego' psa) pozbawili genitaliów, co widać doskonale w scenach, kiedy biegnie lub gdy zmęczony kładzie się na boku. Dodatkowo Bernard ma kobietę i dzieciaki. Jak tego dokonał - pozostanie tajemnicą.
Pod względem graficznym Alicja wypada całkiem nieźle, za to większość postaci jest mdła, nawet Kapelusznik grany przez Deppa jakiś taki mizerny, jakby odwalony dla chałtury. Mógłby być nieco lepiej zagrany. Honor uratował tutaj królik-heroinista, na dodatek chyba schizofrenik z nerwicą, byl przeuroczy.
I ostatnia z ważniejszych spraw - nie rozumiem ogólnego przejęcia i ochów achów nad filmami w 3D. Okulary przyciemniają obraz, uwierają w nos, i tak naprawdę było może kilka momentów, w których się rzeczywiście przydały (w 'Clash of the Titans' w ogóle nie widziałam zastosowania dla nich). Chyba przyjemniej by się oglądało 'płaski' obraz. Poza tym z tego co mi wiadomo (chociaż w tej kwestii mogę się mylić) to 3D, które jest teraz na topie trochę różni się od techniki stosowanej przy trójwymiarowych filmach robionych specjalnie tylko i wyłącznie właśnie pod trójwymiar. Z resztą jeśli ktoś chociaż raz był w IMAX na jakichś przygodach z oceanem czy czymś podobnym, powinien zauważyć różnicę.
Ogólnie film mimo wszystko całkiem hmm... miły i przyjemny. Jak to Disney. Czy spodziewałam się czegoś więcej? Nie wiem. Daję 7/10, tak na otarcie łez.

środa, 10 marca 2010

Anna Powierza - 'Jak zostać sławną'

Pani Powierza serwuje swietny przepis na to, jak zostać sławną. Po książkę sięgnęłam w przypływie nagłych i niezrozumiałych emocji, dyktujących mi zrobienie sobie przerwy we wszelkich mózgotrzepach, tak do czytania, jak i oglądania (nie udało się, ale o tym potem). Lektura wciągnęła mnie od samego początku, w sumie łyknęłam ją w dwa czy trzy dni. Poznajemy główną bohaterkę, Izę, która przyjeżdża do Warszawy w poszukiwaniu pracy. Wysyła setki CV (skąd ja to znam...), w końcu idzie na przesłuchanie do radia, a potem przypadkowo trafia na casting do serialu. Następuje seria pomyłek, dająca dość wybuchową mieszankę prostodusznej i nieco naiwnej Izie. Wszystko utrzymane w ciepłym i pełnym humoru klimacie. Dobre do pociągu, byle nie dalekobieżnego, bo czyta się w zastraszająco szybkim tempie. Jedyną wadą tej książki jest w pewnych momentach rażąca przesada i przerysowanie niektórych cech Izy, przez co chwilami wszystko wydaje się niewiarygodne i... po prostu głupkowate. Autorka jako aktorka z zawodu z pewnością wrzuciła całe mnóstwo smaczków 'z życia wziętych' - przezabawnych, kiedy się o nich czyta, jednak kiedy człowiek uświadomi sobie, że takie rzeczy zdarzają się rzeczywiście, włos jeży się na głowie. Streszczenia robić nie będę, bo naprawdę zachęcam wszystkich do przeczytania tej książki. Wiosna idzie, pod pachę tomik i na trwakę! Albo i na balkon, ja swój niebawem ozdabiać będę pachnącym groszkiem. Wszyscy doradzali mi bluszcz... Ale jakoś mi nie podchodzi.

Spokojnie 9/10


A teraz in onda 'Wesoła trupiarnia Hollywood'... Na dniach skończę i się chyba rozpłynę..

wtorek, 2 marca 2010

Jerzy Gomuła, Krystyna Pytlakowska - 'Zaczatowani'

Trudno będzie mi napisać recenzję tej książki... Ale spróbuję.
Autorzy prezentują kilka rodzajów uzależnienia od komputera i internetu, skupiając się jednak na uzależnieniu od czatowania i randek internetowych oraz od emocji z tym związanych. Przeprowadzają nas kolejno przez wszystkie etapy fascynacji wirtualnym randkowaniem aż do momentu, kiedy delikwent zdaje sobie sprawę, że na 'bezbolesne' odcięcie od sieci jest już za późno. Poruszony jest sprawa, co w ogóle przyciąga ludzi na czat, jakie typy osób tam przebywają i w jakim konkretnie celu, co powoduje, że czat tak bardzo wciąga, jak się od niego uwolnić. Mnie w tej książce tak naprawdę niewiele zszokowało, ponieważ swego czasu sporo siedziałam na czacie WP. Wiem doskonale, czemu to robiłam, jak wiele czasu na to marnowałam i jak na mnie poszczególne znajomości wpłynęły. Przestałam czatować, bo zwyczajnie zaczęło mnie to nudzić i wolałam wyjść do ludzi, niż siedzieć z nosem wlepionym w monitor (tak jak na przykład teraz, hyhy).
W książce znalazłam potwierdzenie swojej teorii - w 99% na czatach przesiadują osoby z tysiącem problemów, które w realu nie potrafią sobie z nimi poradzić i w sieci szukają ucieczki czy 'rozwiązania' tych swoich kłopotów. Smutne to jest bardzo i żal mi takich ludzi.
Jednak uważam, że autorzy w niektórych miejscach przesadzają jeśli chodzi o uzależnienie. Spędzam masę czasu przed klawiaturą i nie jest mi to stricte do pracy potrzebne, jednak nie uważam się za osobę uzależnioną. Infoholizm czyli uzależnienie od zbierania danych - od ilu MB ściąniętych dziennie można już o tym mówić? Czy jeśli ktoś przesiaduje godzinami na wiki, bo jest głodny wiedzy - można mówić o infoholiźmie? A gdyby dwa razy dłużej siedział przed zwykłą książkową encyklopedią?

Tak czy siak książka fajna, dobrze się ją czyta i można sporo informacji z niej wynieść. A także wyobrazić sobie, ile freaków jest teraz online i czy przypadkiem Ty nie jesteś jednym z nich, buahahaha.... :>

8/10

niedziela, 28 lutego 2010

Okuribito (Pożegnania) - film

Dzisiaj miał być dzień sprzątania, ale znajomy wyciągnął nas do kina na japoński film 'Pożegnania'. Wiem, że wcześniej coś o tym filmie czytałam, ale ni w ząb nie pamiętałam czy opinia była pochlebna, czy raczej krytyczna.
Akcja zaczyna się podczas obrzędu pochówku młodej dziewczyny (która jednak dziewczyną nie była) zmarłej wskutek samobójstwa. Cała scenka jest lekka, nawet momentami absurdalnie humorystyczna. Jednak za chwilę następuje retrospekcja - jesteśmy na koncercie orkiestry, w której na wiolonczeli gra nasz główny bohater. Pełnia szczęścia. Niestety, nie trwa ono długo, orkiestra zostaje rozwiązana. Daigo oddaje nowokupioną wiolonczelę do sklepu i z żoną pod pachą wyjeżdza do rodzinnego miasteczka, gdzie czeka na niego domek odziedziczony po matce zmarłej dwa lata wcześniej. Zaczynają się poszukiwania pracy. W końcu wpada na ogłoszenie, z którego wywnioskował, że jest to praca w branży turystycznej. Wizyta w biurze nie pozostawia złudzeń, szukają pomocnika przygotowującego zmarłych do ich ostatniej drogi. Daigo sceptycznie podchodzi do pomysłu podjęcia się tej pracy, jednak posadkę przyjmuje, nie mówiąc jednak żonie, w jakim fachu przyszło mu robić.
Pierwsze zlecenie bohatera, jego reakcje, codzienne peryperie, i tak docieramy do punktu wyjścia, czyli sceny z ceremonią przy młodej samobójczyni.
Na tym jak dla mnie mogłoby się z sukcesem skończyć, potem niestety jest tylko gorzej. Nie lubię, kiedy film ciągnie się jak flaki z olejem, a ja coraz bardziej zapadam się w fotel z dłonią na oczach. Dalej jest już tylko gorzej: po całkiej udanym początku nadchodzi fala przesyconej ckliwości, łzawych scenek, łopatologicznego tłumaczenia i podkreślania grubą czerwoną krechą różnicy między śmiercią a narodzinami, życiem; różnorodnością tytułowych pożegnań w życiu. Ojciec umiera, ale żona jest w ciąży (swoją drogą też dobry wątek, mija cała zima i kawałek wiosny, zanim żona mówi Daigo, że jest w ciąży, ale pewniej ja się czepiam). Pada śnieg, a za kilka scen już zielone pączki spod niego przebijają.
Generalnie w drugiej części filmu (czyli od momentu zakończenia retrospekcji) przewijają się wątki poboczne, które trochę psują cały efekt. Nie lubię prymitywnych wyciskaczy łez, za to lubię na filmie myśleć i nie mieć wszystkiego wywalonego jak na talerzu. Na sali co chwila słychać było pochlipywania na wskroś wzruszonych widzów.
Ach i byłabym zapomniała, na duży plus można zaliczyć grę szefa zakładu pogrzebwego (Tsutomu Yamazaki), aktorstwo świetne i na pewno niejeden mógłby się od niego nieco poduczyć.
Film kontrastowy - momentami całkiem zabawny i na poziomie, by chwilę później móc powiać totalną tandetą. Nastawiałam się na coś nieco lepszego. Ale przynajmniej zaliczyłam pyszne ciacho marchewkowe na śniadanie :)

6/10